Zanim świat stracił zapach – krótki szkic zwyczajnej codzienności
Poranna kawa, zapach mieszkania i inne rzeczy, których się nie zauważa
Dopiero gdy covid zabrał mi węch i smak na miesiące, zrozumiałem, jak bardzo codzienność opiera się na czymś, czego w ogóle się nie rejestruje. Poranna kawa była wcześniej tłem – czymś pomiędzy otwarciem oczu a pierwszym mailem z pracy. Zapach świeżo zmielonych ziaren znaczył „start dnia”. Nie analizowałem go, nie zachwycałem się nim, po prostu był.
Podobnie z zapachem mieszkania. Każde miejsce ma swój własny, dość stały bukiet: trochę łazienki, trochę kuchni, trochę rzeczy, które się w nim dzieją. Dla domownika to zwykle neutralne tło, tak jak własny głos na nagraniu wydaje się obcy dopiero wtedy, gdy się go świadomie odsłucha. Mieszkanie pachniało „domem” – nawet nie potrafiłem tego opisać, dopóki ten zapach nie zniknął.
Ulubione jedzenie było czymś w rodzaju nagrody w rytmie dnia. Kawałek dobrej pizzy po ciężkim tygodniu, makaron z czosnkiem i oliwą zrobiony w pośpiechu, jakiekolwiek ciasto u mamy. Te wszystkie rzeczy były miłe, ale nie robiłem z nich filozofii. Jak większość osób traktowałem smak i węch jak oczywistość. Zmysły były jak powietrze – istnieją, dopóki nie znikną.
Pandemiczne tło: zmęczenie informacjami i rutyna środków ostrożności
Gdy zachorowałem, covid nie był już egzotycznym wirusem z nagłówków. To był czas, kiedy większość z nas miała w głowie przynajmniej kilka nazw wariantów, a słowo „izolacja” przestało brzmieć jak termin z podręcznika. Środki ostrożności weszły w rutynę: maseczka, dezynfekcja rąk, dystans. W sklepie już nikt się nie dziwił, że ludzie obchodzą się szerokim łukiem.
Jednocześnie pojawiło się coś w rodzaju znieczulenia informacyjnego. Codziennie podobne wykresy, podobne statystyki, kolejne konferencje. Człowiek uczy się żyć z tym w tle – jak z szumem ulicy za oknem. Owszem, był lęk o bliskich w grupie ryzyka, ale też rosnąca potrzeba „normalności”: wyjścia na spacer, spotkania z kimś twarzą w twarz, choćby na ławce.
W tym wszystkim covid kojarzył mi się głównie z objawami oddechowymi: kaszel, gorączka, duszność. Utrata węchu i smaku przewijała się w rozmowach gdzieś na marginesie, jako coś trochę dziwnego, ale mało spektakularnego. Ot, jeden z wielu symptomów.
Co naprawdę było wtedy dla mnie ważne
Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo moje priorytety były przyziemne, choć wydawały mi się wtedy „poważne”. Najważniejsza była praca – żeby dowieźć projekty, nie wypaść z rytmu, nie stracić klientów. Potem relacje: regularne telefony do rodziny, spotkania na komunikatorach ze znajomymi, próba podtrzymania czegoś, co udawało normalne życie społeczne.
Ogromną rolę odgrywały małe rytuały: wspólne weekendowe śniadanie, wieczorna herbata, trochę serialu przed snem. To one spinały dni, które zaczynały się zlewać w jedną pandemię. Wydawało mi się, że chodzi głównie o „co” robię. Covid i późniejsza długotrwała utrata węchu i smaku brutalnie uświadomiły mi, że często znacznie ważniejsze jest „jak” – czyli zmysłowe tło, którego się nie nazywa, a które wszystko podbija albo wygasza.
Pierwsze symptomy – moment, w którym kubek kawy stał się szklanką wody
Początek choroby: klasyczny scenariusz i formalna izolacja
Start był dość podręcznikowy. Delikatne drapanie w gardle, lekkie rozbicie, które bez pandemii nazwałbym po prostu „chyba mnie bierze przeziębienie”. Potem doszła temperatura – nie jakaś dramatyczna, ale wystarczająca, by przestawić myślenie w tryb: to może być covid.
Zrobiłem test. Najpierw domowy, z apteki – dwie kreski, zero wątpliwości. Potem jeszcze, zgodnie z procedurą, test oficjalny. Decyzja była oczywista: izolacja. Kilka dni, jak zapewniało wiele relacji, i „przejdzie”. Z punktu widzenia organizacyjnego wszystko było jasne: zdalna praca, zamówienia jedzenia z dowozem, domownicy w roli łączników ze światem.
Utrata węchu i smaku w tym momencie była w mojej głowie gdzieś w tyle listy możliwych kłopotów. Bardziej martwiło mnie, czy nie pojawi się duszność, czy nie będzie powikłań. Zmysły traktowałem jak dodatek, który najwyżej „na chwilę się przytępi”.
Scena, która wszystko zmieniła: kawa, która nie pachnie niczym
Ten moment pamiętam wyjątkowo dokładnie. Był poranek, drugi albo trzeci dzień choroby. Temperatura już się trochę uspokoiła, czułem się słabo, ale „stabilnie”. Z przyzwyczajenia włączyłem ekspres. Szum mielenia kawy, bulgotanie – wszystko grało. Wziąłem kubek, przyłożyłem do twarzy i… nic.
To „nic” było nienaturalne. Normalnie nos rejestruje cokolwiek, nawet gdy jest się zakatarzonym: lekką woń, przynajmniej poczucie, że „jakiś zapach” istnieje. Tu nie było nic. Jakbym trzymał przy twarzy czystą wodę. Spróbowałem łyka. Czułem temperaturę – ciepło, może nawet za ciepło. Czułem lekką gorycz, taką mechaniczną. Ale cała reszta, to, co zwykle sprawia, że kawa ma charakter, nie istniała.
Pierwsza myśl była prosta: „Może kiepska kawa”. Druga: „Może ekspres się zepsuł”. Dopiero trzecia brzmiała: „Albo to ja straciłem węch i smak”. Brzmiała tak absurdalnie, że aż ją odrzuciłem. Zamiast tego przystąpiłem do serii domowych testów, jakbym chciał udowodnić własnemu ciału, że się myli.
Domowe „eksperymenty”: perfumy, ocet, czosnek, cebula
Każdy, kto przeszedł covid z utratą węchu i smaku, prawdopodobnie ma podobną listę desperackich prób. Zacząłem od czegoś oczywistego – perfumy. Psiknąłem na nadgarstek solidną dawkę, aż poczułem wilgoć na skórze. Nos przytknięty praktycznie do miejsca aplikacji. Nic. Zero. Jakbym wąchał powietrze.
Potem czosnek. Zgnieciony ząbek, intensywny nawet dla sąsiadów. W normalnych warunkach sam widok wystarcza, by poczuć zapach w głowie. Tym razem – znów pustka. Próbowałem wciągnąć powietrze mocniej, do granic rozsądku. Efekt był tylko taki, że zakręciło mi się w głowie.
Sięgnąłem po ocet. Zwykle wystarczy minimalna ilość, by odruchowo odsunąć twarz. Tym razem wlałem prawie całą zawartość butelki do małego naczynia, przyłożyłem nos z bliska. Wiedziałem, że powinno piec, że powinno „gryźć” w nozdrza, że każdy normalny człowiek by się cofnął. Moja reakcja była żałośnie spokojna. Oczy nie łzawiły, nos pozostał letnio obojętny.
Wreszcie cebula. Obrana, przekrojona, szatkowana. Zwykle wystarczy kilka ruchów nożem, by wymusić na oczach łzy. Tym razem mogłem spokojnie patrzeć, ciąć i wdychać „nic”. W tej chwili żarty się skończyły. Zrozumiałem, że covid faktycznie zabrał mi węch i smak, i że to nie jest przelotna fanaberia, tylko realna zmiana w ciele.
Emocje pierwszych dni: od nerwowego śmiechu do cichego lęku
Na początku zadziałał mechanizm obronny: śmiech. Żartowałem do domowników, że jestem idealnym testem nowych perfum – „jak ja coś poczuję, to znaczy, że pachnie naprawdę mocno”. Mówiliśmy o „trybie robota” w kuchni, bo przecież mogłem kroić cebulę bez łez. To była próba oswojenia sytuacji, wrzucenia jej w ramy anegdotki.
Jednocześnie w tle rosło coś na kształt cichego niepokoju. Lekarz przez telefon mówił: „U większości osób wraca po kilku dniach, proszę obserwować”. Kilka dni brzmiało rozsądnie. Problem w tym, że minęło tych „kilka dni”, a nic się nie zmieniało. Wstawanie rano z nadzieją: „może dziś coś poczuję”, kończyło się każdym kolejnym rozczarowaniem przy kubku kawy.
Zacząłem czytać historie innych: jednym wracało po tygodniu, innym po miesiącach, jeszcze inni opisywali dziwne przekształcenia zapachów – wszystko pachniało spalenizną albo chemią. Zrozumiałem, że nie ma gwarancji. Lęk przed nieodwracalną utratą zmysłów przestał być abstrakcyjnym straszeniem w artykułach i zamienił się w bardzo osobiste pytanie: „A jeśli u mnie nie wróci?”

Życie w bezwonnym świecie – codzienność, która nagle traci trzeci wymiar
Mieszkanie bez zapachu – jakby ktoś wyłączył dźwięk w jednym uchu
Życie bez zapachu jest zaskakująco podobne do oglądania filmu bez ścieżki dźwiękowej. Obraz jest, akcja się toczy, ale brakuje czegoś, co nadaje jej głębi. Mieszkanie nagle stało się sterylną przestrzenią. Owszem, było widać porządek albo bałagan, ale zniknął ten subtelny sygnał, który mówił „tu się gotuje”, „tu się przed chwilą sprzątało”, „tu ktoś długo siedział”.
Pranie stało się tylko mokrą tkaniną, ale nie „czystą rzeczową”. Nie czułem proszku ani płynu do płukania. Ręczniki wyschnięte w łazience nie niosły już tego komfortowego wrażenia świeżości. Wchodząc pod prysznic, używałem żelu o „jakimś” zapachu tylko dlatego, że tak było napisane na butelce. Mógłby być zamiast tego opisany jako „zapach powietrza” i również bym to kupił.
Ulica była jeszcze dziwniejsza. Brak spalin, brak zapachu mijanych ludzi, brak mieszanki zapachu piekarni i wilgoci po deszczu. Zmysły zostały zredukowane do wzroku, słuchu i dotyku. Można było iść, można było patrzeć, ale ciało nie dostawało połowy bodźców, do których przywykło.
Gotowanie „na ślepo” i praktyczne konsekwencje braku węchu
Covid i długi brak węchu i smaku odsłoniły, jak mocno polegam na tych zmysłach w kuchni. Gotowanie zamieniło się w serię działań technicznych. Normalnie smakujesz sos, doprawiasz „na oko”, korygujesz. Tutaj objętości przypraw liczyłem niemal jak matematyk: pół łyżeczki soli, jedna łyżeczka ziół, odrobina pieprzu. Wszystko z nadzieją, że dla innych wyjdzie „normalnie”.
Domownicy stali się moimi „zmysłami zastępczymi”. Pytałem: „Czy to pachnie dobrze?”, „Czy to nie jest przypalone?”, „Czy to ma smak?”. Z jednej strony była w tym współpraca, z drugiej – poczucie zależności, jakiego nie znałem. Niby drobiazg, ale dla kogoś, kto lubił mieć kontrolę nad kuchnią, było to zaskakująco frustrujące.
Do tego doszły kwestie bezpieczeństwa. Brak węchu to brak ostrzeżeń: nie wyczujesz dymu, gdy coś się przypala, nie poczujesz gazu, jeśli będzie wyciek, nie zorientujesz się, że jedzenie się zepsuło. Zawsze gdzieś w głowie siedziało pytanie: „Czy coś się nie psuje, a ja o tym nie wiem?”.
Rozsądne środki ostrożności i drobne triki na bezwonne życie
W reakcji na ten nowy stan musiałem ustalić kilka praktycznych zasad. To nie były wielkie strategie, raczej małe, konkretne rozwiązania, które krok po kroku zmniejszały stres. Pomogła mi lista prostych nawyków:
- dokładne sprawdzanie dat ważności na produktach w lodówce i szafce, szczególnie nabiale, mięsie i gotowych daniach,
- trzymanie łatwo psujących się rzeczy z przodu lodówki, by nie „zniknęły” za innymi produktami,
- używanie termometru do piekarnika zamiast polegania na zapachu „upieczone”,
- ustawianie timera przy każdym smażeniu i pieczeniu, nawet krótkim,
- regularne pytanie domowników, czy „coś nie pachnie dziwnie”, zamiast udawać, że sam to ocenię,
- ostrożne korzystanie z chemii domowej – wietrzenie na czas, bo nie miałem szans ocenić intensywności.
Te drobiazgi krok po kroku zamieniały się w nową rutynę. Bez niej trudno byłoby funkcjonować spokojnie. Z czasem odkryłem też, że brak zapachu wpływa na relacje z innymi: nie wyczujesz, że dziecko jest „spocone po placu zabaw”, nie złapiesz zapachu alkoholu albo papierosów od kogoś, kto twierdzi, że „nic nie pił, nic nie palił”. Informacje, które kiedyś brałem z powietrza, nagle wymagały rozmowy albo… zaufania.
Jedzenie jak karton – kiedy ulubione potrawy stają się obowiązkiem
Zderzenie z jedzeniem bez przyjemności
Posiłki jako zadanie do odhaczenia
Jedzenie bardzo szybko przestało być przyjemnością, a stało się czynnością czysto użytkową. Pora śniadania, obiadu, kolacji zamieniła się w coś na kształt harmonogramu przyjmowania leków. „Trzeba coś zjeść” – to był jedyny argument. Nie „mam na coś ochotę”, nie „pachnie tak, że nie wytrzymam”, tylko suchy obowiązek wobec własnego organizmu.
Ulubione dania straciły jakikolwiek sens emocjonalny. Makaron z sosem, który zwykle był nagrodą po ciężkim dniu, w tej wersji przypominał ciepły, miękki karton o lekkiej goryczy. Pizza – klasyczny „comfort food” – była jedynie mieszanką konsystencji: coś chrupie, coś jest ciągnące, coś jest tłuste. Nic nie łączyło się w całość. Mózg rejestrował, że żuję, przełykam, że robię to, co wypada robić, ale nie dostawał żadnego sygnału: „to jest dobre”.
Zauważyłem, że zniknęła ciekawość. Normalnie, kiedy na stole pojawia się nowe danie, człowiek zadaje sobie w głowie szereg pytań: „jak to będzie smakować?”, „co tam czuć w tle – czosnek, zioła, cytrynę?”. Tym razem każde nowe danie było z góry skazane na ten sam, nijaki wynik. Niezależnie od pracy włożonej w przepis, efekt dla mnie pozostawał praktycznie nieodróżnialny.
Smaki zredukowane do czterech surowych bodźców
Smak nie zniknął całkowicie, ale został brutalnie uproszczony. Czułem cztery podstawowe kierunki: słone, słodkie, gorzkie, kwaśne. Bez zapachu wszystko było jak tablica z markerami: zero niuansów, same grube kreski.
Czekolada mleczna i deserowa? Jedna była bardziej słodka, druga bardziej gorzka, ale obie równie pozbawione „czekoladowości”. Herbata owocowa i zwykła czarna – różnica sprowadzała się do tego, która wersja wydaje się bardziej cierpka na języku. Grillowane mięso i gotowany kurczak – ten sam lekko włóknisty materiał do przeżucia, różniący się tylko stopniem słoności.
Do tego doszedł problem proporcji. Kiedy nie działa zapach, organizmowi trudniej znaleźć punkt „w sam raz”. Sól miała być jedynym ratunkiem, więc łatwo było przesadzić. Raz, drugi wszystko wychodziło za słone. Pewnego dnia z rozpędu dosłodziłem napój do poziomu, który dla pozostałych domowników był niepijalny, a ja jedynie zarejestrowałem, że „chyba dość słodkie”. To pokazało, jak bardzo rozregulowany stał się mechanizm kontroli.
Wybór jedzenia według struktury, nie smaku
Skoro smak przestał być przewodnikiem, zacząłem kierować się zupełnie innymi kryteriami. Kluczowe stały się: struktura, temperatura, stopień chrupkości. Brzmi dziwnie, ale dla kogoś po covidzie może to być codzienność.
Kiedy nic nie pachnie, łatwiej zjeść coś, co przynajmniej „dzieje się” w ustach. Warzywa na surowo były wygrywającą opcją – chrupią, stawiają lekki opór. Podobnie pieczywo z wyraźną skórką, orzechy, granola. Zupom było trudniej: bez zapachu zamieniały się w jednolitą, gładką masę o jakimś ogólnym kierunku (słone, ewentualnie lekko kwaśne). Jeśli nie miały dodatków do pogryzienia, szybko przegrywały w tej wewnętrznej „konkurencji o uwagę”.
Temperatura również nabrała znaczenia. Gorąca potrawa dawała przynajmniej wrażenie rozgrzewania, zimna – orzeźwienia. Lody były do zaakceptowania, nawet jeśli smak wanilii czy czekolady istniał bardziej w pamięci niż na języku. Ciepła herbata stawała się „ciepłym napojem”, który przyjemnie grzeje przełyk, ale już nie kusi aromatem.
Strategie „oszukania” mózgu
W pewnym momencie pojawiła się potrzeba, by przynajmniej spróbować obejść ten brak. Nie liczyłem na cud, raczej na drobne zwiększenie komfortu. Zacząłem szukać sposobów, które mogłyby wzmocnić wrażenia, choćby częściowo.
Pomagały rzeczy maksymalnie kontrastowe. Jeśli sałatka, to taka z czymś chrupkim, czymś miękkim i czymś bardzo zimnym. Jeśli kanapka – to z warstwą, która się ciągnie (ser), i warstwą, która pęka pod zębami (świeży ogórek, papryka). Skoro mózg nie dostawał sygnałów zapachowych, trzeba było go stymulować kombinacją faktur.
Niektórzy radzili, by używać ostrych przypraw, papryczek chilli, chrzanu. Przetestowałem. Ostry ból na języku i w gardle faktycznie był odczuwalny. Czy poprawiał smak? Niekoniecznie, raczej wprowadzał nowy rodzaj bodźca. To już nie była przyjemność z jedzenia, tylko wrażenie „coś się jednak dzieje”. Dla części osób może to działać, dla mnie było to zbyt blisko kulinarnego masochizmu.
Jedzenie w towarzystwie – dyskomfort, którego wcześniej nie znałem
Wspólne posiłki stały się wymagającym doświadczeniem. Siedzieliśmy przy tym samym stole, przy tych samych talerzach, ale nasze przeżywanie tej sytuacji radykalnie się rozmijało. Ktoś mówił: „Ale pięknie pachnie” – ja słyszałem to jak komunikat z innej planety. Ktoś zachwycał się smakiem, ja kalkulowałem, ile muszę jeszcze zjeść, żeby organizm miał dość kalorii.
Pojawił się też specyficzny rodzaj wstydu. Nie chcąc psuć nastroju, starałem się nie powtarzać w kółko, że „nic nie czuję”. Jednocześnie trudno było naturalnie reagować na komentarze typu: „Dodałam tym razem bazylii zamiast oregano, czujesz różnicę?”. W głowie powstawało coś w rodzaju małego scenariusza: przytaknąć, wyjaśnić, zmienić temat? Granica szczerości i uprzejmości stawała się zaskakująco skomplikowana.
Do tego dochodził lęk przed oceną: „Czy inni pomyślą, że wybrzydzam? Że udaję? Że jestem niewdzięczny, bo nie zachwycam się daniem, nad którym ktoś siedział pół dnia?”. Utrata węchu i smaku ma więc nie tylko wymiar fizyczny, ale też społeczny. Trzeba nauczyć się mówić o tym spokojnie i konkretnie, bez robienia z siebie męczennika, ale też bez udawania, że nic się nie stało.
Relacja z własnym ciałem, gdy jedzenie przestaje „wołać”
Utrata przyjemności z jedzenia przestawia relację z własnym ciałem. Normalnie organizm wysyła różne sygnały: ochotę na coś słodkiego, na coś konkretnego, na lekką sałatkę po ciężkim obiedzie dnia poprzedniego. Gdy większość bodźców jest odcięta, te komunikaty stają się bardziej nieczytelne.
Zauważyłem, że jem wolniej, ale nie dlatego, że delektuję się smakiem, lecz dlatego, że muszę się „przekonać”, by skończyć posiłek. Czasem odkładałem widelec po kilku kęsach, bo wszystko wydawało się tak samo nijakie. Innym razem, paradoksalnie, zjadałem za dużo, bo sygnał sytości docierał z opóźnieniem – brakowało tego momentu, w którym przyjemność smaku naturalnie wygasza apetyt.
Ten stan w pewnym sensie obnaża, jak bardzo jedzenie jest połączeniem biologii i emocji. Kiedy emocjonalny komponent znika, pozostaje sucha kalkulacja: ile białka, ile kalorii, czy wypada coś jeszcze dołożyć. Zaczyna się dobieranie posiłków nie według ochoty, ale według tabel i rozumu. Dla niektórych może to brzmieć jak marzenie dietetyka, w praktyce bywa jednak dość przygnębiające.
Absurdalne sceny z bez-zapachowej izolacji
Domowe „alarmy”, których nie słyszałem nosem
Brak węchu generował sytuacje, które z boku mogłyby wydawać się komiczne, ale z perspektywy uczestnika były raczej niepokojące. Przykładowy wieczór: podgrzewam coś na patelni, dzwoni telefon. Odbieram, rozmawiam chwilę dłużej niż planowałem. W normalnych warunkach po kilku minutach w kuchni dałby o sobie znać dobrze znany sygnał – zapach przypalonego jedzenia. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło.
Zorientowałem się dopiero, gdy dym zaczął być widoczny. Domownicy wbiegli do kuchni, z komentarzami o „tragicznym smrodzie”, a ja stałem z patelnią w ręce jak ktoś, kto ogląda film bez dźwięku – widzę akcję, nie czuję tła. To był moment, w którym bardzo konkretnie poczułem, że polegam na innych, również w tak podstawowej kwestii jak bezpieczeństwo.
Podobnie z koszem na śmieci. Zwykle nos informuje, że „czas wynieść”, nawet jeśli się nie patrzy w jego kierunku. W wersji po covidzie trzeba było wprowadzić proste reguły: wynosić raz dziennie, niezależnie od tego, jak bardzo jest pełny. Gdy raz o tym zapomniałem, domownicy wrócili do mieszkania i pierwsze zdanie po otwarciu drzwi brzmiało: „Tu coś umarło?”. Dla mnie powietrze było absolutnie neutralne. Kontrast reakcji był wręcz surrealistyczny.
Perfumy, kadzidełka i inne „czarne dziury” bodźców
Jednym z bardziej absurdalnych doświadczeń były wszystkie sytuacje związane z zapachami „dla przyjemności”. Ktoś zapala świecę zapachową, licząc na przytulną atmosferę. Ktoś inny testuje nowe perfumy przed wyjściem. Dla otoczenia to normalne rytuały, dla mnie – pokaz niewidzialnych fajerwerków.
Pamiętam scenę, kiedy domownik z entuzjazmem oświadczył: „Musisz powąchać, kupiłem naprawdę dobre perfumy”. Wyciągnął flakon, psiknął w powietrze, zrobił demonstracyjny gest wachlowania dłonią w moją stronę. Stałem w tej chmurze jak obiekt doświadczalny. Zero reakcji, nawet minimalnego ukłucia w nosie. Jedynym dowodem, że coś się dzieje, był komentarz: „Jezu, ale intensywne”. W tej sytuacji trudno nawet udawać, że się cokolwiek czuje – ciało nie daje żadnej podstawy do gry pozorów.
Podobnie było ze świecami i kadzidełkami. Normalnie można narzekać, że ktoś przesadza z aromatem wanilii albo lawendy. Tym razem mogłem siedzieć obok tlącego się kadzidełka jak obok zwykłego patyczka. Dla innych był to silny zapach, dla mnie – jedynie źródło dymu, który widziałem, ale który nie niósł żadnej informacji.
Kuchenne „ekspertyzy” bez uprawnień
Utrata węchu nie zatrzymuje automatycznych odruchów. Nawet wiedząc, że nic nie poczuję, czasem łapałem się na tym, że z przyzwyczajenia oceniam jedzenie: „Pachnie dobrze, już prawie gotowe” – mówiłem z rozpędu, po czym uświadamiałem sobie, że to zwykły automat językowy, nie faktyczna ocena.
Najbardziej absurdalne były sytuacje, gdy ktoś prosił: „Sprawdź, czy to nie skisło”. W normalnych warunkach wystarczy otworzyć pojemnik z mlekiem, jogurtem czy mięsem i od razu wiadomo, na czym stoimy. Tym razem musiałem przypominać: „Nie pytaj mnie o takie rzeczy, jestem bezużyteczny”. Zamiast roli „domowego degustatora” pełniłem teraz funkcję logistyczną: kontrola dat, ustawianie rzeczy w lodówce, pilnowanie rotacji. Sama możliwość zbliżenia nosa do czegoś przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
Paradoks „nieczucia” rzeczy, które zwykle przeszkadzają
Utrata węchu miała też absurdalny wymiar pozytywny – przyniosła wygodę tam, gdzie normalnie ludzie się krzywią. Remont w mieszkaniu obok? Farby, kleje, kurz? Dla mnie powietrze w klatce schodowej było całkowicie obojętne. Komunikacja miejska w godzinach szczytu – gdzie zazwyczaj można poznać, kto wraca z siłowni, a kto z pracy fizycznej – zamieniła się w higieniczną, zapachowo neutralną przestrzeń.
Pewnego dnia ktoś stwierdził z ulgą: „Przynajmniej nie musisz czuć tych wszystkich smrodów, może to ma swoje plusy”. Dało się zrozumieć tę perspektywę, ale trudno było ją przyjąć. Owszem, nie przeszkadzał mi zapach spoconych ubrań, nie denerwowały intensywne perfumy współpasażera. Tyle że w pakiecie zniknęło wszystko inne: zapach świeżego chleba, mokrej trawy po deszczu, skóry ukochanej osoby. Z perspektywy całości bilans wciąż był wyraźnie na minus.
Nieporozumienia i żarty, które czasem trafiały kulą w płot
Brak węchu i smaku stał się w domu źródłem wielu żartów. Ktoś mówił: „Ty wyrzucaj śmieci, i tak nie poczujesz”. Ktoś inny sugerował, że to idealny moment, by zjeść znienawidzone w dzieciństwie potrawy – „skoro i tak wszystko smakuje jak karton, spróbuj flaków albo wątróbki”. Te komentarze były w większości życzliwe, miały rozładować napięcie.
Bywało jednak, że ton żartu mijał się z moim nastrojem. Gdy kolejny raz słyszałem: „Ty to masz dobrze, ja tu walczę z zapachem wybielacza, a ty nic”, pojawiało się wewnętrzne zmęczenie. Dla otoczenia była to chwilowa niedogodność, którą można obrócić w gag. Dla mnie – stan, który trwał tygodniami, bez jasnej daty zakończenia. Różnica perspektyw była naturalna, ale chwilami bolesna.
Eksperymenty smakowe, które miały „coś przełamać”
W pewnym momencie pojawił się pomysł, że skoro wrażenia smakowe są zredukowane, można spróbować „oszukać” zmysły intensywnością. Zaczęły się więc kuchenne eksperymenty: więcej chili, więcej pieprzu, więcej cytryny. Logika była prosta – jeśli subtelne nuty giną, może zadziałają te najbardziej nachalne.
Rezultat był raczej osobliwy. Ostre potrawy faktycznie wywoływały fizyczne reakcje: pieczenie w ustach, łzawienie oczu, lekkie drętwienie języka. To jednak nie miało nic wspólnego z przyjemnością. Przypominało raczej test wytrzymałości błon śluzowych. Ktoś mógłby powiedzieć: „No widzisz, jednak coś czujesz”, ale ten „coś” nie był smakiem w rozumieniu, do którego byłem przyzwyczajony, raczej bodźcem z kategorii „gorąca powierzchnia – nie dotykać”.
Podobnie z kwaśnym i słonym. Sok z cytryny dawał wrażenie ściągania w ustach, słone przekąski – przesuszenia. Zmysł smaku redukował się do kilku grubych kategorii: słodkie, słone, kwaśne, ostre. Cała subtelna architektura między nimi została zdemolowana. To trochę tak, jakby zostawić w języku tylko trzy słowa i próbować nimi opisać całą literaturę – formalnie komunikat jest możliwy, ale znikają niuanse.
Eksperymenty miały jednak jeszcze jeden wymiar: były sposobem na odzyskanie choć minimalnego poczucia sprawczości. Zamiast biernie czekać, aż węch i smak „łaskawie wrócą”, można było chociaż testować granice. Czasem przynosiło to krótkotrwałe poczucie satysfakcji – udało się wyczuć delikatniejszą słodycz albo odróżnić gorycz kawy od neutralności wody. Innym razem kończyło się jedynie bólem brzucha.
Liczenie na pamięć zmysłową
W braku realnych bodźców uruchomił się jeszcze jeden mechanizm – próba oparcia się na pamięci. Trzymałem w rękach kubek z kawą i „przypominałem” sobie jej zapach sprzed miesięcy. Przygryzałem kostkę czekolady i próbowałem odtworzyć w głowie, jak powinna smakować. Mózg ma tendencję do uzupełniania braków, więc przez kilka sekund można było mieć wrażenie, że coś jednak się przebija.
To jednak była raczej projekcja niż doznanie. Co do zasady polegało to na nakładaniu wspomnień na teraźniejszość, trochę jak filtrowanie zdjęcia. Rzeczywistość pozostawała płaska, ale wewnętrzny komentarz próbował ją „kolorować”. Z czasem ta strategia okazała się męcząca. Każdy posiłek wymagał nieproporcjonalnie dużego nakładu psychicznej energii, żeby choć trochę przypominał to, co kiedyś działo się automatycznie.
Paradoksalnie najmniej trudne okazywały się potrawy, z którymi nie miałem silnych wspomnień. Nowe dania, egzotyczne kuchnie, nieznane wcześniej połączenia smaków – wszystko to i tak zlewało się w jedną kategorię „neutralne”. Nie było więc poczucia straty. Trudniej było z „klasykami” – domowym rosołem, kawą o poranku, pierwszym truskawkowym sezonem. Tam brak był szczególnie wyraźny, bo istniało bardzo konkretne porównanie do „przedtem”.
Stopniowy powrót bodźców – nieoczywista ulga
Powrót węchu i smaku nie wyglądał jak w filmach, gdzie bohater nagle wącha różę i świat nabiera barw. To był raczej proces, który trudno nazwać liniowym. Jednego dnia wydawało się, że „coś drgnęło”, następnego – że znów jest kompletna pustka.
Pierwsze sygnały były zaskakująco słabe. Jakieś minimalne muśnięcie zapachu mydła pod prysznicem. Lekko wyczuwalna gorycz w kawie. Delikatne wrażenie, że zupa nie jest już zupełnie bez wyrazu. Przyłapywałem się na tym, że wpatruję się w talerz jak w ekran z wynikami badań: „Czy to już? Czy to tylko autosugestia?”.
Co do zasady proces ten przebiegał falami. Dzień z lekką poprawą przeplatał się z dniem „powrotu do zera”. Powstawało napięcie, które trudno było komukolwiek wytłumaczyć bez popadania w przesadę. Dla otoczenia sytuacja była binarna: czujesz albo nie czujesz. Tymczasem w praktyce zakres pośredni okazał się bardzo szeroki – od „mikrosygnałów” aż po prawie pełne, ale jeszcze niepewne doznania.
Ulga, owszem, pojawiała się, ale w specyficznej formie. Zdarzało się, że cieszyłem się z możliwości wyczucia aromatu kawy, a po chwili z irytacją stwierdzałem, że czuję też kurz w mieszkaniu i zapach środków czystości, których przez miesiące miałem „za darmo” z głowy. Powrót zmysłów był więc mieszanką wdzięczności i rozdrażnienia, trochę jak po zdjęciu gipsu – cieszy ruchomość, ale przeszkadza ból i sztywność.
Lęk przed „drugim razem”
Gdy objawy zaczęły ustępować, pojawiło się pytanie, którego wcześniej sobie nie zadawałem: co, jeśli to się powtórzy? Pierwsza utrata węchu i smaku była szokiem, ale miała w sobie coś z „eksperymentu”, czegoś zupełnie nowego. Drugi raz nie miałby już tego elementu poznawczego – zostałby jedynie ciężar doświadczenia.
Ten lęk nie polegał wyłącznie na obawie o zdrowie sensu stricte. Bardziej chodziło o to, że znałem już konsekwencje w codziennym funkcjonowaniu: jedzenie jako obowiązek, wycofanie z sytuacji społecznych związanych z posiłkami, permanentne poczucie bycia „obok” tam, gdzie inni dzielą się zachwytem nad zapachem czy smakiem. Świadomość, że taki scenariusz jest realny, zmienia sposób myślenia o zwykłym przeziębieniu czy kolejnym wirusie, który „krąży w pracy”.
W praktyce objawiło się to zwiększoną czujnością. Nagłe „dziwne” odczucie w ustach, lekka zmiana w odbiorze aromatu kawy – wszystko to uruchamiało szybki wewnętrzny przegląd: czy znowu tracę węch? Czy to tylko chwilowe zatkanie nosa? Z czasem ta nadwrażliwość trochę się wygasiła, ale przez wiele miesięcy towarzyszyło mi przeświadczenie, że granica między światem z zapachem a światem bez zapachu jest znacznie cieńsza, niż wcześniej przypuszczałem.
Nowe rytuały bezpieczeństwa i kontroli
Utrata węchu uświadomiła mi, jak wiele kwestii bezpieczeństwa było dotąd powierzonych temu zmysłowi bez żadnej refleksji. Gdy węch zaczął powoli wracać, część wypracowanych w tym czasie nawyków została ze mną na stałe, już nie z paniki, ale z rozsądku.
Pojawiły się proste procedury, które wcześniej wydawały się zbędne: częstsze sprawdzanie dat ważności produktów, bardziej systematyczne układanie żywności w lodówce (nowsze rzeczy z tyłu, starsze z przodu), regularne przeglądy szafek. To, co wcześniej załatwiał szybki test „na nos”, zostało zastąpione podejściem quasi-biurowym: porządek, etykiety, kolejność.
Podobnie w kuchni – gotowanie przestało opierać się wyłącznie na intuicji. Zamiast: „jeszcze chwila, pachnie surowym ciastem”, pojawiły się timery, notatki, bardziej ścisłe trzymanie się przepisów. Nawet po powrocie węchu te narzędzia pozostały. Z jednej strony wprowadzały odrobinę formalizmu, z drugiej – zdejmowały ze mnie konieczność polegania na jednym, jak się okazało, kruchym zmyśle.
Zmieniło się również podejście do domowych „alarmów”. Ogień na kuchence, piekarnik, żelazko – zaczęły być traktowane z większą ostrożnością. Zawsze miałem przekonanie, że w razie czego nos zareaguje szybciej niż czujka. Po covidowym epizodzie ta wiara osłabła. Pojawiły się więc bardziej „twarde” zabezpieczenia: przypomnienia w telefonie, czujnik dymu, zasada nieodbierania telefonu przy rozgrzanej patelni. Na poziomie codziennych nawyków ta utrata zmysłu przełożyła się więc na całkiem konkretne modyfikacje zachowań.
Inne choroby w nowym świetle
Doświadczenie utraty węchu i smaku rzutowało również na sposób, w jaki zacząłem postrzegać inne ograniczenia zdrowotne – swoje i cudze. Dotychczas pewne opowieści o przewlekłym bólu, szumach usznych czy migrenach były dla mnie zrozumiałe głównie na poziomie deklaracji. Rozumiałem, co ktoś mówi, ale nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić, jak to wpływa na codzienność.
Po kilku miesiącach życia w świecie bez zapachów i smaków łatwiej było mi pojąć, jak męczące może być długotrwałe, „niewidzialne” ograniczenie. Z zewnątrz wszystko wygląda normalnie. Tylko zainteresowany wie, ile kosztuje go zwykły dzień: koncentracja potrzebna do jedzenia, do rozmów przy stole, do reagowania na kolejne żarty. Ta różnica między obrazem zewnętrznym a wewnętrznym stanem sprawia, że człowiek zaczyna inaczej słuchać cudzych historii chorobowych.
Zmieniła się też moja reakcja na frazy typu: „Przecież nic po tobie nie widać”. Wcześniej mogłem je odbierać jako neutralne stwierdzenie faktu. Teraz brzmią jak podważanie czyjegoś doświadczenia. Sam w końcu słyszałem: „Przestań już o tym węchu, przecież masz covid lekko”. Trudno było wytłumaczyć, że „lekko” nie oznacza „bez konsekwencji”, a brak dramatycznych obrazów wcale nie przekłada się na brak obciążenia psychicznego.
Relacje przy stole po „tamtej stronie”
Powrót do normalnego odczuwania smaków i zapachów oznaczał również powrót do wspólnych posiłków w innym trybie. Niby wszystko było jak dawniej: te same talerze, te same potrawy, podobne rozmowy. Jednocześnie zmieniła się moja uwaga. Zacząłem inaczej słuchać komentarzy o jedzeniu. Gdy ktoś mówił: „Ale to dobrze pachnie”, nie traktowałem tego już jako banalnej uwagi, ale jako bardzo konkretny opis bodźca, który może zniknąć.
Przy stole pojawiła się też większa gotowość do mówienia o tym, jak kto się czuje z jedzeniem w danym dniu. Kiedyś pytanie: „Smakuje?” miało dla mnie charakter czysto grzecznościowy. Po doświadczeniu covidowym pytania typu: „Masz dziś ochotę na coś konkretnego?”, „Nie jest za intensywne?” nabrały głębszego sensu. Dostrzeżenie, że ktoś może mieć w danej chwili bardzo ograniczoną paletę smaków czy zapachów, stało się jednym z elementów troski.
W praktyce oznaczało to np. akceptację, że ktoś doda sobie więcej przypraw albo wręcz przeciwnie – wybierze najprostszą wersję dania. Zamiast komentarzy: „Nie psuj, przecież tak ma być”, pojawiła się większa elastyczność. Wspólne jedzenie przestało być testem „właściwych reakcji”, a bardziej stało się przestrzenią negocjacji między różnymi wrażliwościami. Doświadczenie własnego ograniczenia pomogło lepiej uszanować cudze.
Świadome „odwąchiwanie” świata
Kiedy węch wrócił w miarę stabilnie, zacząłem łapać się na odruchach, których wcześniej nie miałem. Wychodząc z domu, automatycznie wciągałem powietrze nosem, jakbym sprawdzał, czy wszystko działa. W sklepie z pieczywem, na stacji benzynowej, w parku po deszczu – wszędzie tam rejestrowałem zapachy z większą uwagą.
Nie było w tym nic heroicznego, raczej zwykłe korzystanie z czegoś, co przez długi czas było niedostępne. Różnica polegała na tym, że teraz umiałem nazwać konkretne nuty, które wcześniej stanowiły jedną, nierozróżnialną całość. Świeży chleb nie pachniał już po prostu „chlebem”, ale drożdżami, lekko przypieczoną skórką, ciepłem. Kawa przestała być tylko „kawowa” – dało się wychwycić różnicę między zbyt długo stojącym naparem a świeżo zmielonymi ziarnami.
Ten świadomy powrót do „odwąchiwania” świata miał jeszcze jedną konsekwencję: zwolnienie tempa. Przed covidem przechodziłem obok wielu bodźców obojętnie, traktując je jak szum tła. Po doświadczeniu braku łatwiej było zatrzymać się na sekundę przy otwartym oknie po deszczu czy przy kubku herbaty z cytryną. Zachwyt nie miał nic wspólnego z patosem – był raczej spokojnym stwierdzeniem: „To jest, mogę to czuć, kiedyś mogło tego nie być”.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Na jak długo covid może zabrać węch i smak?
U części osób węch i smak wracają po kilku dniach lub tygodniu, ale w praktyce bywa różnie. U innych zmysły są osłabione lub nieobecne przez wiele tygodni, a nawet miesiące. Nie ma jednego „standardowego” czasu – przebieg jest bardzo indywidualny.
Jeśli po kilku tygodniach nie widzisz żadnej poprawy lub odczuwasz tylko minimalne zmiany, dobrze skonsultować się z lekarzem pierwszego kontaktu lub laryngologiem. Utrzymująca się utrata węchu i smaku co do zasady wymaga przynajmniej podstawowej diagnozy, żeby wykluczyć inne przyczyny.
Czy nagła utrata węchu i smaku zawsze oznacza covid?
Nie, choć w czasie pandemii covid był jedną z najczęstszych przyczyn tak nagłego zaniku tych zmysłów. Podobne objawy mogą dawać m.in. silne infekcje wirusowe, przewlekłe zapalenia zatok, polipy w nosie czy urazy głowy. Różnica polega na tym, że przy „zwykłym” katarze nos jest zatkany i czuć choć szczątkowe zapachy, a w covidowym zaniku węchu pojawia się wrażenie absolutnej „pustki”.
Jeśli nagle przestajesz cokolwiek czuć, a dodatkowo masz gorączkę, kaszel lub kontakt z osobą zakażoną, rozsądne jest wykonanie testu w kierunku SARS-CoV-2. Przy ujemnym teście i utrzymujących się objawach lekarz może skierować na dalszą diagnostykę laryngologiczną lub neurologiczną.
Jak samodzielnie sprawdzić, czy naprawdę straciłem węch i smak po covidzie?
Domowy „test” zwykle zaczyna się spontanicznie: perfumy, ocet, czosnek, cebula. Jeśli przy mocnych, charakterystycznych zapachach masz wrażenie kompletnej pustki, to sygnał, że problem jest poważniejszy niż zwykłe „przytępienie”. Podobnie z jedzeniem – jeśli kawa smakuje jak ciepła woda, a ostre potrawy dają tylko wrażenie temperatury lub pieczenia, ale bez smaku, można mówić o realnej utracie zmysłów.
Takie domowe próby są pomocne, ale nie zastąpią badania u specjalisty. Jeżeli wynik testu na covid jest dodatni i obserwujesz pełny zanik węchu oraz smaku, dobrze zanotować datę początku objawów i obserwować, czy pojawia się jakakolwiek, nawet minimalna poprawa w kolejnych tygodniach.
Czy utrata węchu i smaku po covidzie jest groźna dla zdrowia?
Bezpośrednio nie zagraża życiu, ale ma konkretne konsekwencje. Trudniej ocenić świeżość jedzenia, wyczuć dym, gaz czy chemikalia, co zwiększa ryzyko wypadków domowych. Część osób zaczyna też jeść mniej lub monotonniej, bo jedzenie przestaje dawać przyjemność, co z czasem może odbić się na masie ciała czy samopoczuciu.
Dochodzi jeszcze aspekt psychiczny. Długotrwała utrata węchu i smaku bywa frustrująca i może nasilać obniżony nastrój. Jeśli masz wrażenie, że zaczynasz się wycofywać z życia społecznego, unikasz wspólnych posiłków albo wszystko „nie ma sensu”, warto porozmawiać nie tylko z lekarzem rodzinnym, ale też (w razie potrzeby) z psychologiem.
Czy można przyspieszyć powrót węchu i smaku po covidzie?
Nie ma jednej metody, która „gwarantuje” szybki powrót zmysłów, ale istnieją podejścia, które wiele osób uznaje za pomocne. Jednym z najczęściej polecanych jest trening węchowy: regularne (np. dwa razy dziennie) wąchanie kilku dobrze znanych zapachów, takich jak kawa, cytryna, goździki czy olejki eteryczne, z próbą świadomego odtworzenia w pamięci ich dawnego aromatu.
Takie ćwiczenia nie działają z dnia na dzień, ale przy systematycznym powtarzaniu przez tygodnie lub miesiące mogą wspierać regenerację. Oprócz tego ważny jest ogólny stan zdrowia – sen, redukcja stresu, sensowne odżywianie. W bardziej uporczywych przypadkach laryngolog może rozważyć dodatkowe metody leczenia, dopasowane do konkretnej sytuacji.
Jak radzić sobie na co dzień, gdy nie czuję zapachu i smaku?
Na początku pomocne bywa przestawienie się z „przyjemności smakowej” na inne wrażenia: temperaturę, konsystencję, chrupkość czy ostrość potraw. Zamiast skupiać się na tym, czego brakuje, wiele osób szuka nowych bodźców – bardziej wyrazistych tekstur, kontrastów (np. coś zimnego i gorącego w jednym posiłku) czy ziół dających wrażenie świeżości w ustach.
Druga kwestia to bezpieczeństwo. W praktyce dobrze:
- zwracać większą uwagę na daty ważności i wygląd jedzenia,
- poprosić domowników o „bycie nosem” domu – wyczuwanie dymu, spalenizny, gazu,
- ustawić czujniki dymu i gazu, jeśli ich nie ma.
Taki zestaw drobnych nawyków stopniowo zmniejsza poczucie zagrożenia i pozwala spokojniej funkcjonować mimo utraty zmysłów.
Czego może nauczyć długotrwała utrata węchu i smaku po covidzie?
W praktyce wiele osób dopiero po ich utracie widzi, jak bardzo codzienność jest „uszyta” z detali: zapachu domu, porannej kawy, ulubionego jedzenia u bliskich. Utrata tych zmysłów potrafi brutalnie przesunąć akcenty – z tego, co robimy, na to, jak dane chwile faktycznie odczuwamy.
Taki okres, choć absurdalny i frustrujący, bywa lekcją uważności. Część osób zaczyna inaczej planować dzień, bardziej docenia drobne rytuały, a także łagodniej patrzeć na swoje „przyziemne” priorytety sprzed choroby. To nie dzieje się automatycznie, ale dla wielu jest jednym z niewielu jasnych punktów po tej trudnej przygodzie z covidem.
Najważniejsze wnioski
- Utrata węchu i smaku ujawnia, jak bardzo codzienność opiera się na zmysłowym tle, które zwykle pozostaje nieuświadomione – od porannej kawy po „zapach domu”.
- Zmysły są traktowane jak oczywistość, dopóki nie znikną; dopiero wtedy widać, że to one nadają rytuałom (posiłek, kawa, herbata) emocjonalny ciężar i poczucie przyjemności.
- Przed chorobą priorytety koncentrowały się na zadaniach i „dowiezieniu” pracy, podczas gdy wrażenia zmysłowe wydawały się dodatkiem – covid pokazuje, że w praktyce często ważniejsze jest „jak” coś przeżywamy niż „co” robimy.
- Informacyjne znieczulenie pandemiczne sprawiło, że utrata węchu i smaku była postrzegana jako marginalny, mało spektakularny objaw, mimo że w przeżyciu jednostki może być jednym z najbardziej dotkliwych skutków.
- Doświadczenie izolacji i choroby obnaża kruchość rutyny: to, co wydawało się stabilnym tłem (spotkania, wyjścia, zapachy, smaki), może zniknąć z dnia na dzień, zmuszając do redefinicji „normalności”.
- Małe, domowe eksperymenty z perfumami, octem czy czosnkiem pokazują skalę dezorientacji – człowiek próbuje „udowodnić” sobie, że wszystko działa, zderzając się za każdym razem z pustką zmysłową.
- Covid z utratą węchu i smaku działa jak soczewka: uwidacznia, jak drobne bodźce – zapach kawy, aromat jedzenia, woń mieszkania – spajają życie emocjonalne i poczucie bezpieczeństwa bardziej, niż się intuicyjnie zakłada.
Źródła informacji
- Clinical features of patients infected with 2019 novel coronavirus in Wuhan, China. The Lancet (2020) – Opis objawów COVID‑19, w tym utraty węchu i smaku
- Anosmia and ageusia: common findings in COVID‑19 patients. Otolaryngology–Head and Neck Surgery (2020) – Częstość i charakter utraty węchu i smaku w COVID‑19
- Neurological manifestations of hospitalized patients with COVID‑19 in Wuhan, China. JAMA Neurology (2020) – Objawy neurologiczne COVID‑19, w tym zaburzenia węchu i smaku



